Walentynkowa fuzja, czyli haft w patchwork odziany.

Walentynki... kiedy to było? Aaaaa... w lutym ;-)
No i wtedy właśnie miał  być ten wpis, ale...

Nieco ponad rok temu snułam refleksje o dalszym bycie tego bloga. Obiecałam sama sobie, że jeszcze przez jakiś czas nie odpuszczę. Spodziewałam się wówczas, że co najmniej 12 wpisów przede mną.
Niestety czas biegnie tak szybko, właściwie śmiga dzień za dniem, że już nie tylko mało go na publikacje, ale nawet na szycie. Muszę przyznać, że to mnie mocno rozczarowuje. Zdawało mi się kiedyś, że to kwestia organizacji. Dziś wiem, że to jeszcze siła priorytetów. Przy czym, od razu zaznaczę, że mowa tu o moim życiu i mojej rzeczywistości.

Jak widać jednak jeszcze nie odpuszczam. A wspiera to fakt, że z zupełnie dla mnie zaskakującego i nieznanego powodu, PatchTworkowy profil fejsbukowy wciąż odnotowuje kolejne odwiedziny i polubienia! Nie wiem, czym spowodowane, ale niewątpliwie to zobowiązuje. Jeśli tam jest "życie" to tutaj być może też ;-) Więc działam!

Zacznę od wspomnianych już walentynek :-D A raczej walentynkowej fuzji, czyli połączenia patchworku i haftu.
Ten piękny haft z maleńką wróżką dostałam od Iwonki. O naszej wymiance pisałam w poście - Przysiadły motyle na chwilę... 

Od Iwonki dostałam w sumie 3 hafty - wróżkę lutową i październikową oraz coś, co pokażę następnym razem.  Wróżkę lutową wybrała moja Córeczka, zatem haft w naturalny sposób miał stać się częścią uszytku dedykowanemu właśnie Jej.

Wena przyszła zupełnie przypadkiem i była wynikiem niezbyt fortunnych koncepcji szyciowych.
Zaczęło się od tego, że bardzo chciałam "coś" uszyć. Trafiło na piękny charmpack, niezwykle subtelnej kolekcji Amy Sinibaldi Paperie. Postanowiłam połączyć ją techniką HST (Half Square Triangle) z solidami w odcieniach różu, brzoskwini i czerwieni. Aby ożywić kompozycję dodałam odrobinę niebieskości. Niestety efekt daleki był od oczekiwań.


 Nawet, gdy pocięłam HST po przekątnej i pomieszałam odcieniami, nadal nie grało.



Aż w końcu, doszłam do tego...

Okazało się, że po wyrzuceniu niebieskości, ta kombinacja stanowi fantastyczną, wręcz idealną oprawę dla lutowej wróżki! Musiałam delikatnie popracować z wymiarami HST, ale efekt przeszedł moje oczekiwania. Poducha wyszła idealna :-)

Uznałam, że do tej fuzji jedynym słusznym wykończeniem jest ręczne pikowanie muliną.


Na koniec, w ręce wpadła mi lamówka, która zupełnie nie sprawdziła się przy innym projekcie i jakby czekała właśnie na tą okazję!

Na tył wybrałam róż i czerwone napy.

Moja Córka ma ją przy sobie co noc już od... ponad dwóch lat.

Druga wróżka - październikowa z dynią - nadal czeka na inspirację. Już wiem, że później niż prędzej, ale nic na siłę :-)

Na zakończenie dodam, że jak wspomniałam od Iwonki dostałam jeszcze trzeci fantastyczny haft. Chłopacki. Trafił wprost na poduchę mojego Synka.
I o tym następnym razem :-)

Dziękuję, za wizytę, czytanie, oglądanie. Cieszy mnie to niezmiennie.
Ciepło Was pozdrawiam.
Basia




Komentarze

  1. Basia, szukałam czegoś na blogu, który prowadzę siłą rozpędu i na pewno nie z takim zachwytem jak na początku patchworkowej przygody, ale jednak systematycznie, chyba z przyzwyczajenia :D Ot taki pamiętnik, internetowy. No i... trafiłam na wpis, w którym wspomniałam Ciebie. Był link, kliknęłam zobaczyć co słychać, bo milczałaś całkiem długo. A tu taka pięknota!!! A żeby jeszcze było ciekawiej dziś układałam coś z trójkątów... Co raczej nie jest zwyczajne, bo od klasyki odeszłam kompletnie. W życiu wszystko się zmienia, ciągle dokonujemy wyborów... Basiu, serdeczności ślę z daleka, wszystkiego dobrego :)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Okrągłe uchwyty do torebki - jak uszyć? Tutorial.

Kap, kap... podobno po każdej burzy w końcu wychodzi słońce...