sobota, 7 marca 2015

Densowo - wycieczkowa sobota

Zaczęłam doceniać smartphony. Tym bardziej, że od pół roku 3/4 spraw do załatwienia przez internet załatwiam właśnie mobilnie. Niedługo czeka mnie przysłowiowe "jak bez ręki". A może już jest?
W związku z powyższym
wpis na blogu pisany w drodze do Zamku Książ (a przynajmniej jego lwia część). Ta wycieczka to pomysł chwili i konieczna odmiana spacerowa.
A zaczęło się od pieleszowych wariactw z dzieciakami. Fajnie tak beztrosko powydurniać się 2 godziny, bez ciśnienia i pośpiechu. Jestem szczęściarą, że mimo codziennej gonitwy mamy taką możliwość. I jestem szczęśliwa, że... jestem szczęśliwa!
Potem 2 godziny tańców, bo zacząć śniadanie od energetycznego densu całą rodziną to dobra rzecz :D Oczywiście w konsekwencji śniadanie nieco się opóźniło, ale warto było.
Na początek radio i mieszanka starych dobrych songów. "Uh La La La" (Alexia) powaliło mnie na kolana. Wspomnienie "tamtych" wakacji rozmiękczyło kompletnie ;)
Potem już wybierane wspólnie z Połówką klasyki Phil'a Collins'a i wspominki, czyli trochę kawałków z podstawówki - Run-DMC, Bomfunk MC's, Beastie Boys, Kriss Kross, Salt-n-Pepa, trochę Diany King i Alijah. Na zakończenie dla wyciszenia Bob Marley :)
Ot taki przedziwny mix. A że z Połówką tak samo nam w duszy grało (i nadal gra) to zarażamy podstawówkowym klimatem nasze Maluchy Dzieciuchy ;)
Do muzyki obowiązkowa dawka ruchu. Z dwulatką na rękach przez ponad godzinę przy głośnym: Mama chcę tańczyyyyyć! Mama ja chce tańczyć na rąckach!!! Mama tańcz, tańcz, tańcz!!!*
Bossssko prawda?
*Tak. Nasza Natka Gagatka Dwulatka tak gada! Zaczęła bardzo wcześnie i już mówi lepiej niż niejeden przedszkolak. Tak. Chwalę się i pękam z dumy :)

Zaraz po śniadaniu i tańcach stwierdziliśmy, że potrzebujemy spacerowej odmiany, tym bardziej, że zachęcała do tego pogoda. Szybka telekonferencja z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i mieliśmy plan. Szybka zupa, zmiana pieluch, rajstopki, czapki, szaliczki i ruszamy za 40 minut. Tiaaaa. Optymiści. Jak zwykle nie ma zmiłuj się i "procedura przygotowacza" rozciągnęła się do 1,5 godziny przy akompaniamencie chichry Naty przeplatanej z płaczem, oczywiście w duecie ze śpiącym już Piprusiem. Norma z Dwulatką i Czteromiesięczniakiem pod jednym dachem. Życie. Lekki obłęd. 
Z językami po kolana w końcu udało nam się zebrać i wyruszyć. Szast-prast i w nieco ponad godzinę byliśmy na miejscu (dobrze mieszkać blisko wylotu na A4). A potem?
Jak dobrze pogadać z dorosłymi! 

Tak oto minął kolejny dzień. Z lekkim szaleństwem w oczach i z uśmiechem na ustach.
Bo to fajny dzień był :D

---

Miałam w planie posz(ż)yć, ale chyba sił mi brak. Doszyje może kończynki rozczłonkowanej jeszcze panienki i odpadnę. Z szyciowych aktualności dodam, że rozczłonkowana panienka ma już... włosy! Moje pierwsze własnoręcznie wykonane włosy!
I uprzedzając pytania typu: A co ta lala taka siwa? (reakcja mojej Połówki) dodam, że kolor tych włosów jest nieprzypadkowy. Ale o tym innym razem :)




Jeszcze jedna panienka nie skończona, a już mam pomysł na następną! Zabije mnie ta masa pomysłów. Kolejka w mojej głowie jak za komuny przed Społem. I tak samo się kłócą, kto, przed kim i zamiast kogo będzie pierwszy. Brakuje tylko komitetu kolejkowego ;)

No właśnie. To może kolejna zapowiedź. Fotki ponownie komórkowe, a że tylko poglądowe, to na razie wystarczą. Zestaw przygotowany na dwie milusie podusie. Jak coś z tego zostanie, to pewnie powstaną jakieś słodkie maleństwa w bonusie. Zobaczymy :)


Nie jestem pewna czy kolejność działań nie ulegnie przegrupowaniu. Najpierw odpadnę, a potem przyśni mi się, że doszywam kończynki. A tu jeszcze wyczekana lektura mnie
woła!

 Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz